sobota, 13 stycznia 2018

Krystyna Mirek - Światło w Cichą Noc


Magda wraz z braćmi od lat nie obchodziła świąt Bożego Narodzenia, zawsze wtedy wyjeżdżali na wakacje, zdala od nieprzyjemnych wspomnień. Tym razem jednak ma być inaczej, Wigilia ma być wyjątkowa, taka z prawdziwego zdarzenia. Z kolei do sąsiedniego domu babci Kaliny przybywa wnuk Antek, którego kobieta od dawna nie widziała. Kiedy chłopak gości w mieszkaniu pojmuje, że czas rozwiązać tajemnice z przeszłości. 

Kiedy prawie trzy lata temu sięgnęłam po pierwszą dla mnie książkę Krystyny Mirek, wiedziałam, że polubię tę autorkę. "Podarunek", który wówczas przeczytałam był dla mnie czymś nowym, bo dopiero rozpoczynałam przygodę z książkami literatury kobiecej. Mimo tego, nawet teraz kiedy już trochę powieści z tego gatunku poznałam, uważam, że jest to jedna z ciekawszych książek wśród obyczajówek i chciałabym jeszcze kiedyś do niej powrócić. "Podarunek" był książką osadzoną w świątecznym klimacie, a więc gdy usłyszałam, że niebawem pojawi się "Światło w Cichą Noc", czyli kolejna bożonarodzeniowa powieść tej pisarki, wiedziałam, że na pewno trafi w moje ręce. Pierwsze podejście do tej książki było jednak niezbyt idealnie. Długie opisy nieco mnie znużyły i czytało mi się ją dosyć powoli. Z każdą stroną jednak robiło się coraz ciekawiej i nawet opisy przestały mi ciążyć. Akcja, choć płynie niespiesznie nie nudzi i czyta się naprawdę przyjemnie. Dlatego jeśli zaskoczą Was przydługie opisy, nie zrażajcie się tak od razu, bo z pewnością warto dać tej książce szansę.

Chociaż wielu z nas nie przepada za długimi opisami, w tym ja również, to tym razem dostrzegłam w nich pewne piękno. Autorka jest doskonałą obserwatorką zachowań ludzkich i mam wrażenie, że dawno nie czytałam książki, w której tak doskonale widać, jak dobrym obserwatorem jest autor. Krystyna Mirek w taki sposób opisuje wszystkie przygotowania - gotowanie, bieganie po zakupy, że nie sposób nie wczuć się w świąteczny klimat. Trochę żałuję, że przeczytałam ją już po świętach, bo na pewno jest jedną z bardziej magicznych książek spośród wszystkich świątecznych propozycji jakie czytałam. Bardzo interesujące są losy rodzin, które przedstawiła nam autorka i to nie tylko tych pierwszoplanowych. Myślę nawet, że wątki bohaterów z drugiego planu były na tyle ciekawe, że powinny być poszerzone, mam tutaj na myśli kłopoty przyszłych teściów Magdy. Bohaterowie podejmują ważne decyzje, które mogą mieć wpływ na całe dalsze życie. Autorka poza tym, że wzbudza nadzieję, pokazuje, że idealnie ugotowany obiad i porządek w domu nie jest gwarancją szczęśliwej rodziny jak przez lata oszukiwała się jedna z bohaterek, czasami po prostu jest potrzebny impuls, aby pewne rzeczy dostrzec i zmienić. Widzimy też, że przed niektórymi rzeczami nie da się uciec.

Jak to w tego typu książkach bywa, trudno ustrzec się przed pewnymi schematami. Tutaj również tajemnice z przeszłości, czy uczuciowe rozdarcie są jednymi z nich. Mimo tego trudno nie docenić piękna tej historii, jej magicznej atmosfery i ciepła jakie posiada. Pomimo długawych opisów czyta się bardzo przyjemnie i ostatecznie wciąga. Znajdziemy tutaj zarówno miłość, jak i przyjaźń, a także wiele ważnych tematów. To książka, która tak jak wiele innych dzieł Krystynek Mirek, po prostu daje nadzieję. Już niebawem ma się ukazać kolejna część "Willi pod Kasztanem", na którą już teraz z niecierpliwością czekam. Mam nadzieję, że zostaną tam poszerzone pewne wątki, które nie zostały w pełni domknięte w powyższej powieści. Polecam, szczególnie na zimowe wieczory, wraz z gorącą herbatą i kocem stanowi zestaw idealny!

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Edipresse Książki!

niedziela, 7 stycznia 2018

Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński - Pudełko z marzeniami


Malwina za przypadkową radą swojego chłopaka przeprowadza się do małego Miasteczka, by tam prowadzić restaurację. Okazuje się jednak, że Radosławowi nie za bardzo marzy się takie życie, dlatego wpada na pomysł wyjazdu z granicę zapewniając przy tym Malwinę, że na pewno wróci, wraz z pieniędzmi na rozkręcenie interesu. Do Miasteczka przybywa również Michał, którego zdradziła narzeczona, a także oszukał wspólnik. Nie mając nic do stracenia przyjeżdża do Miasteczka po usłyszeniu od ciotki o skarbie, który został tam ukryty.

Bardzo często wspominam jak bardzo lubię świąteczne książki. Klimat, który możemy doświadczyć na kartach powieści sprawia, że nawet bezśnieżne święta przestają przeszkadzać. Kiedy usłyszałam, że Magdalena Witkiewicz i Alek Rogoziński wydają wspólnie napisaną książkę, wiedziałam, że koniecznie muszę ją przeczytać. Sądziłam, że taki duet zapewni mi niepowtarzalną rozrywkę w święta, dlatego specjalnie odkładałam ją, by rozpocząć po Wigilii. Po pierwszych stu stronach zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno mam do czynienia z powieścią świąteczną, bo może po prostu zmyliło mnie, że została wydana w okresie przedświątecznym. Jednak napis z tyłu mówił sam za siebie - "Najzabawniejsza świąteczna komedia romantyczna!". Tymczasem chociaż czytało się bardzo przyjemnie, klimatu świąt w tej powieści znalazłam tyle co nic. I gdyby nie to hasło z tyłu książki nie miałabym się do czego doczepić, bo to ciekawa obyczajówka i to, że jednak nie jest świąteczna potraktowałabym jako własną pomyłkę, bo mogło mnie zmylić wydanie jej przed świętami. Ale ja naprawdę spodziewałam się bożonarodzeniowej powieści i trochę jestem zawiedziona, że na kilku wzmiankach o świętach się skończyło. Zdecydowanie magii i atmosfery tu zabrakło.

Dobrze, ponarzekałam, ale oczywiście nie jest tak, że "Pudełko z marzeniami" było złą książką, gdyby nie to, że zabrakło obiecywanej świątecznej fabuły, byłoby naprawdę świetnie, a tak pewien niedosyt pozostał. Nie zmienia to jednak faktu, że czytało się niezwykle przyjemnie, nie zabrakło pełnych uroku i humoru sytuacji, które wywołały uśmiech na twarzy. Choć raczej na uśmiechu się skończyło, bo fragmentów, gdzie rzeczywiście śmiałabym się głośno raczej nie było. Miłą niespodzianką było pojawienie się bohaterów z "Pracowni dobrej myśli" Magdaleny Witkiewicz. Przyjemnie było znowu spotkać na kartach powieści Panią Wiesię, czy Tomaszka i Floriana. Podobnie jak w "Pracowni dobrej myśli" tutaj ponownie Pani Wiesia jest jedną z najbardziej charakterystycznych postaci. Jej unikanie kłopotów i naleweczki dla zdrowotności zna każdy w Miasteczku, a i tym razem kobieta lubi troszkę pomóc losowi. W tej książce do Pani Wiesi dołącza kolejna starsza Pani, babcia Malwiny - Janina. I jej nie brak temperamentu, wróciła z Francji i nie może się przyzwyczaić do braku tamtejszych potraw - żabich udek, czy ślimaków, które chętnie wprowadziłaby do menu restauracji Malwiny. Obie panie tworzą świetny duet i są chyba najciekawszymi postaciami w "Pudełku z marzeniami". Nieco mniej charakterystyczni, ale również ciekawie wykreowani są Malwina i Michał, przy dwóch starszych paniach schodzą jednak trochę na dalszy plan.

Powieść Witkiewicz i Rogozińskiego okazała się naprawdę dobra, pomijając to, że nie była za bardzo świąteczna (tak, nie mogę o tym zapomnieć). Nie zabrakło ciekawych i zaskakujących zwrotów akcji oraz ciepła i optymizmu. Warto ją przeczytać choćby właśnie dla tego optymizmu i nadziei na lepsze jutro, którą niesie ze sobą ta powieść. Zabrakło świątecznej atmosfery, ale czytało się miło. Polecam, choć jeśli zostawiacie ją na kolejne święta może warto przeczytać wówczas bardziej świąteczną powieść, a "Pudełko" przeczytać w innym dowolnym momencie roku?

Tę i inne nowości znajdziecie na stronie Księgarni Tania Książka, której bardzo dziękuję za możliwość przeczytania tej powieści!

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Czytelnicze podsumowanie roku 2017

W minionym roku przeczytałam o wiele mniej książek niż kiedyś czytałam. Mimo to, nie ma tragedii, choć liczę po cichu na to, że w 2018 roku będzie lepiej, na co w sumie się nie zanosi, bo zapowiada się on dość pracowicie. Ale nie będę narzekać, bo chociaż przeczytanych książek nie było jakoś porażająco dużo, to niewiele było tych złych, które nie przypadły mi do gustu, a sporo takich, z którymi bardzo miło spędziłam czas. W końcu liczy się jakość, a nie ilość :) Znalazło się jednak kilka cudownych perełek, które uważam za najlepsze przeczytane w minionym roku.

  • Już początek roku zaczął się bardzo obiecująco. Przeczytałam wtedy "Nieobecną" - Agnieszki Olejnik. Miałam do tej książki dwa podejścia, a pierwsze wcale nie pozwalało mi sądzić, że rok później nadal będę pamiętała o tej książce. Cieszę się, że nie zrezygnowałam z jej czytania, bo z pozoru banalna historia sióstr o zamienianiu się tożsamościami okazała się naprawdę dobrze napisanym kryminałem. Powieść dostarczyła mi naprawdę wielu zaskoczeń i emocji.
  • Moją niekwestionowaną perełką tego roku jest powieść Elżbiety Rodzeń - "Przyszłość ma twoje imię" - co ciekawe, do tej książki również miałam dwa podejścia i również to drugie sprawiło, że całkowicie zakochałam się w tej historii i nie mogłam się oderwać! Generalnie książki Pani Elżbiety są moim odkryciem tego roku, bo również "Zimowa miłość" nie pozwoliła mi się oderwać od lektury, a w tym roku nie zdarzało mi się to aż tak często. Obie książki były nie dość, że realne, to pełne emocji i dodatkowo przepięknie napisane!
  • W tym roku przeczytałam dwie książki jednej z moich ulubionych autorek - Colleen Hoover, na początku była "Confess" powieść cudowna, poruszająca, choć nie aż tak jak ta, którą przeczytałam później, czyli "It ends with us". Ta książka była wyjątkowa, niemal jakby napisana emocjami, wywołująca złość, smutek. Po prostu niezwykła.
Raczej nie trafiałam na złe książki, choć były rozczarowania, do których zaliczam "Ogień, który ich spala" - Brittainy C. Cherry, bardzo lubię książki tej autorki, a tutaj bohaterowie byli dość denerwujący. Średnio przypadła mi do gustu również książka Kirsty Moseley - "Chłopak, który chciał zacząć od nowa", była nielogiczna, a bohaterowie jacyś nijacy, nadrabiał jedynie wątek kryminalny.  Rozczarowała mnie trochę książka duetu - Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński - "Pudełko z marzeniami". Czytało się bardzo przyjemnie, ale nie mogę przeboleć, że miała to być świąteczna pozycja, a tymczasem, o świętach było w niej tyle, co nic. Gdyby nie to, "Pudełko" na pewno nie znalazłoby się w tym zestawieniu. Te książki nie były jednak tragiczne, a po prostu na średnim poziomie.

Sporo było jednak w minionym roku odkryć. Tak jak wspominałam zakochałam się w książkach Elżbiety Rodzeń, to zdecydowanie największe perełki minionego roku! W końcu przeczytałam coś Magdaleny Witkiewicz i Alka Rogozińskiego. Pod koniec roku odkryłam lekką i zabawną książkę Joanny Szarańskiej, w końcu przeczytałam też dwie z książek Agaty Przybyłek. Mam nadzieję, że w następnym roku uda mi się przeczytać kolejne książki tych oto autorów, bo z pewnością warto, a także poznać książki wielu innych :)
W ubiegłym roku udało mi się również pojechać na Festiwal Kryminału Granda, gdzie spotkałam i zdobyłam podpisy wielu autorów, w tym między innymi, upragniony - Remigiusza Mroza. Potem były Targi Książki we Wrocławiu, gdzie również zdobyłam podpisy kilku świetnych pisarzy. Atmosfera była cudowna na obu tych imprezach, bardzo się cieszę, że udało mi się na nich pojawić!
Zorganizowałam również dwa Book Toury, pierwszy z "Frienzone" i drugi z "Wróć, jeśli masz odwagę", które nadal trwają i myślę, że w tym roku pojawią się kolejne ;) Wspomniane dwie książki to moje patronaty, z których bardzo się cieszę! :)
W tym roku w końcu założyłam też instagrama, na którego serdecznie zapraszam [link] :)

Nie chcę robić zbyt wielu postanowień, bo zwykle niewiele z nich udaje mi się zrealizować, ale w 2018 roku chciałabym czytać więcej kryminałów i w końcu nadrobić czytanie książek, które czekają na regale. Ostatnio więcej kupowałam, niż czytałam i trochę się tego nazbierało, więc czas zabrać się za te stosy ;) Chciałabym też zabrać się za bloga, bo troszkę go ostatnio zaniedbywałam, oby mi się to udało ;)
Życzę Wam szczęśliwego i zaczytanego Nowego Roku!
A Wam jak minął 2017 rok?

piątek, 29 grudnia 2017

Brittainy C. Cherry - Woda, która niesie ciszę


Maggie i Brooks w dzieciństwie zostali przyjaciółmi. Pełna życia i radości Maggie zmienia się całkowicie pod wpływem traumatycznego wydarzenia, które wpływa na całe jej życie. Nic już nie jest takie jak dawniej, dziewczynka zamyka się w sobie, nie wychodzi z domu. Jest jednak rzecz, która pozostaje niezmienna - przyjaźń, która łączy tę dwójkę.

Brittainy C. Cherry przyzwyczaiła nas do książek, w których porusza i wywołuje wielkie emocje. Niestety poprzednią książką z serii "Żywioły" trochę mnie zawiodła. Był to "Ogień, który ich spala", fabuła zapowiadała się świetnie, ale bohaterowie irytowali mnie tak bardzo, że ostatecznie książka okazała się jedną z gorszych tej autorki jakie czytałam. Dlatego do kolejnej części podeszłam już bardziej sceptycznie, bałam się, że ponownie się zawiodę. Na szczęście autorka mnie nie zawiodła serwując książkę napisaną emocjami, taką gdzie serce się ściska z nadmiaru zaskoczeń i szoku, który niejednokrotnie pojawił się na mojej twarzy. Ta książka to skarbnica pięknych cytatów, mądrości. Mimo tragedii, która dotknęła Maggie nie dominuje tutaj smutek, oczywiście jest obecny, ale nie bark tu również radości i optymizmu. Mnóstwo tutaj życiowych zawirowań, ale mam wrażenie, że tym razem autorka nie przedobrzyła tak jak w przypadku "Ognia, który ich spala", gdzie tragedia, goniła tragedię. Tutaj zdarzenia, które spadły na bohaterów wydają się naprawdę realne, choć może momentami troszkę naciągane.

Postacie są świetnie wykreowane, oboje mają w sobie pasje i chęć spełniania marzeń. Maggie kocha książki i nimi zainspirowana tworzy listę marzeń. Niestety od wydarzenia w dzieciństwie, cały czas żyje w strachu, nie mówi, nie wychodzi w domu. Wspiera ją jednak Brooks, radosny i troskliwy chłopak, który kocha muzykę, gra w zespole, który jest dla niego bardzo ważny. Tę dwójkę łączy muzyka, której wspólnie słuchają w tych lepszych i gorszych chwilach, łączą ich także książki. Brooks jest jedną z nielicznych osób, która jest przy Maggie cały czas, bezwarunkowo. Niestety po tym co spotkało dziewczynę pojawiają się problemy w domu, z siostrą, z mamą - wiele się zmienia, bo Maggie nie jest już tym samym beztroskim dzieckiem co kiedyś.

Autorka stworzyła naprawdę piękną, pełną emocji historię, która poruszy niejedno serce. Nareszcie udało mi się dorwać książkę, która nie będzie osłodzona toną lukru, co ostatnio bardzo często mi się zdarza, gdy sięgam po New Adult. Im więcej czytam powieści z tego gatunku, tym bardziej jestem wymagająca, dlatego cieszę się, że w końcu jakaś książka w pełni spełniła moje oczekiwania. "Woda, która niesie ciszę" to historia o prawdziwej przyjaźni i miłości. Pełna bólu i cierpienia, ale też optymizmu na lepsze jutro. Sama już od początku mocno wciągnęłam się w tę powieść. Mroczny i naprawdę mocny początek sprawia, że koniecznie chce się czytać dalej. Trochę szkoda, że później na jakiś czas akcja zwalnia. Nie zmienia to jednak faktu, że fabuła jest naprawdę ciekawa, a jak to już w przypadku Cherry bywa, napisana jest pięknym językiem, co naprawdę uwielbiam u tej autorki. Przede mną "Siła, która ich przyciąga", która - mam wielką nadzieję - będzie równie dobra, a może jeszcze lepsza? Jeżeli jeszcze nie czytaliście serii "Żywioły", to myślę, że warto po nią sięgnąć. Jak dotychczas sądzę, że to właśnie "Woda, która niesie ciszę" jest najlepszą książką z tej serii, dlatego gorąco ją Wam polecam! Każda z książek opowiada odrębną historię, więc spokojnie możecie po nie sięgać w dowolnej kolejności.

Te i inne nowości znajdziecie na stronie Księgarni Tania Książka, której serdecznie dziękuję za możliwość przeczytania tej powieści!

poniedziałek, 27 listopada 2017

Tillie Cole - Tysiąc pocałunków

Rune jako mały chłopiec wraz z rodzicami przyjeżdża do Stanów Zjednoczonych. Jest zły, że musiał opuścić rodzinną Norwegię. Szybko jednak zaprzyjaźnia się z Poppy, co wkrótce przeradza się w pierwszą miłość. Kiedy wydaje się, że nic nie mogłoby ich rozłączyć, okazuje się, że obowiązki zawodowe zmuszają ojca Runa do powrotu do Oslo. Los okazuje się okrutny, Rune wyjeżdża daleko od swojej dziewczyny, wkrótce urywa się ich kontakt, a kiedy chłopak w końcu wraca do Stanów, nic nie jest już takie jak dawniej.

Książki Young i New Adult już tak mają, że zwykle rozrywają serce na milion kawałków. Jakąkolwiek powieść z tego gatunku czytam, zawsze czuję się po nich wewnętrznie rozerwana, takie już są i chyba taki właśnie jest cel - poruszyć czytelnika do głębi. "Tysiąc pocałunków" jest powieścią, o której tuż po premierze usłyszałam sporo dobrego. Jako, że kiedy przeczytam pozytywne recenzje na temat danej książki nie potrafię się powstrzymać przed jej przeczytaniem, w moje ręce szybko trafiła nowa na polskim rynku wydawniczym książka Tillie Cole. Wcześniej kusiło mnie "Raze", która jeszcze czeka na przeczytanie, ale i bez tego wiem, że to będzie coś kompletnie innego. "Tysiąc pocałunków" jest książką bardzo wyważoną, subtelną i delikatną, świetnie oddającą pierwszą nastoletnią miłość. To historia, która jest naładowana emocjami, wzrusza, złości, czasami wywołuje uśmiech na twarzy.

To co od razu kupiło mnie w tej książce, to styl w jakim została napisana. Piękny i kwiecisty sprawia, że choćby książkę budowały same opisy i tak z przyjemnością bym ją przeczytała. Rzadko zdarza mi się coś takiego, ale w tym przypadku jestem naprawdę zachwycona lekkim, a zarazem głębokim stylem pisania autorki. Mam wrażenie, że wprowadza on również trochę bajkowy klimat i dlatego czyta się szybko i z przyjemnością. Dawno nie czytałam książki napisanej tak ładnym stylem. Cała historia jest napisana z na tyle jasnym przekazem, że trafi i do młodszych czytelników. Myślę, że to jedna z tych książek, co do których nie tyczą się żadne przedziały wiekowe, bo można ją przeczytać dosłownie w każdym wieku. Niestety, bardzo szybko można przewidzieć zakończenie całości, chociaż pewnie nie dało się tego skonstruować inaczej i trudno mieć tutaj zarzuty. Jest też schematyczna, nie da się ukryć, ale jednak piękny styl sprawia, że jest w niej pewna świeżość, niesie również mnóstwo życiowych mądrości. Pokazuje jak ważne są w życiu marzenia i te drobne chwile szczęścia, na które czasami nie zwraca się uwagi.

Mogłabym się czepiać, że momentami za słodko, że czasem zbyt schematycznie, że przewidywalna. To oczywiście wady, które często przeszkadzają w czytaniu, szczególnie, gdy ma się już którąś powieść Young Adult za sobą. Dla mnie jednak ta powieść była na tyle piękna, że te wady gdzieś zaginęły. Trudno mi jest powiedzieć o tej książce coś więcej, bo mam wrażenie, że trzeba samemu ją przeczytać, by przekonać się o jej wyjątkowości!
Gorąco zachęcam do przeczytania tej powieści, bo choć nie brak tu pewnych mankamentów to giną one gdzieś pod zaletami tej książki, których również nie brakuje!

Tę i inne książki dla kobiet znajdziecie na stronie Księgarni Tania Książka, której bardzo dziękuję za możliwość przeczytania tej powieści!

sobota, 18 listopada 2017

Kim Holden - Franco

Franco jest członkiem zespołu rockowego, nie szuka miłości. Ciągłe życie poza domem w trasach koncertowych sprawia, że niełatwo związać się na stałe. Wszystko zmienia jedno z potkanie w kawiarni, kiedy poznaje Gemmę. Zaczyna między nimi iskrzyć, niestety, jest jeden problem. Dzieli ich ocean. Kiedy skończy się trasa koncertowa, Franco wróci do swojego codziennego życia, a Gemma do swojego. Czy to koniec ich wspólnej historii?

Często wspominam jak bardzo lubię książki Kim Holden. "Promyczek" jest moją ulubioną książką, "Gus" dorównywał jej poziomem, a i "O wiele więcej" nie było gorsze. Na "Franco" również czekałam z utęsknieniem, oczekiwania po tak dobrych wcześniejszych książkach miałam dość spore. Już na początku byłam zaskoczona objętością książki, po takich cegiełkach jak "Promyczek" i "Gus" spodziewałam się czegoś podobnych rozmiarów, a tu proszę tylko 300 stron. Ale przecież to nie objętość wskazuje czy książka będzie dobra, czy zła, więc z zaciekawieniem zabrałam się za lekturę. Zaczyna się zwyczajnie, spotkaniem jakich wiele, gdzieś w kawiarni, a potem oczywiście zaczyna iskrzyć między Gusem, a Gemmą. Zaskoczeniem jest dopiero nietypowy układ na jaki decydują się bohaterowie, pomysł ciekawy, wprowadza trochę emocji, niepokoju. I chociaż jest dobrze, ciekawie, interesująco, to jakoś nie mogę pozbyć się wrażenia, że ta książka nie była potrzebna.

Trochę mi zajęło wkręcenie się w fabułę książki, zwykle przy książkach tej autorki nie miałam z tym problemów, a tym razem jakoś ciężko mi szło jej czytanie. Ostatecznie jakoś się wciągnęłam i nawet zaczęło mi się podobać, ale czegoś zabrakło. Wydaje mi się, że miało wyjść słodko-gorzko, a ostatecznie wyszło jednak zbyt słodko. To nie "Promyczek", przy którym wylałam morze łez. "Franco" chociaż momentami wzrusza, to wszystko jest na tyle przewidywalne, że nie robi wielkiego wrażenia. Niektórzy mówią, że "Promyczek" też jest przewidywalny, ale dla mnie jakoś nie był. Nadal uważam, że jest to najlepsza książka autorki. Niestety "Franco" jest według mnie dużo gorszy. Pomysł na całą tę historię był naprawdę świetny, ale coś nie wyszło, może gdyby książka była dłuższa wyszłoby lepiej - byłoby więcej czasu na rozwinięcie wątków. Trudno powiedzieć. Doceniam jednak, że autorka postanowiła poruszyć ważny temat pewnej choroby. Niestety nie mogę zdradzić nic więcej, bo byłoby to spojlerem, ale cieszę się, że choć mało szczegółowo, to Holden podjęła się tego tematu. 

Ostatecznie "Franco" okazał się książką dosyć przeciętną. Dobrą, ale nie tak dobrą jak poprzednie powieści Kim Holden. Cała historia wypadła ciekawie, czyta się przyjemnie, ale zabrakło czegoś więcej. Pomysł był naprawdę świetny, ale wydaje mi się, że zabrakło rozwinięcia, całość wypada dość ogólnikowo i pewne wątki można by rozwinąć. Nie mogę jednak odmówić tej książki mądrości, którą ze sobą niesie, wywołuje pewne refleksje i przez to emocje. Dużo tu rozterek życiowych, które mają miejsce w realnym życiu, przyjaźni i już mniej realnie wypadającej w tym przypadku - miłości. Nadal lubię ten lekki i plastyczny styl Holden, który sprawia, że mimo wszystko nie brak książce uroku. "Franco" można potraktować jako przyjemne dopełnienie "Promyczka" i "Gusa", według mnie było ono nie do końca potrzebne, ale jednak przyznaję, że miło spędziłam z tą książką czas.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Księgarni Tania Książka!

wtorek, 14 listopada 2017

Estelle Maskame - Wróć, jeśli masz odwagę


Jeszcze rok temu MacKenzie i Jaden byli najlepszymi przyjaciółmi. Wszystko zmienił tragiczny wypadek, w którym zginęli rodzice chłopaka, po tym wszystkim Kanzie odwróciła się od niego, nie wie jak z nim rozmawiać i boi się, że kiedyś nadejdzie moment, w którym będzie musiała się przełamać. Z jednej strony jest w niej lęk, a z drugiej ma wyrzuty sumienia, że zostawiła go w tak trudnym momencie.

Estelle Maskame zdobyła moje serce jakiś czas temu trylogią DIMILY, która całkowicie mnie zachwyciła! Choć nie była bez wad to pochłonęła mnie bez reszty i pozostawiła z ogromnym kacem książkowym (zwłaszcza po pierwszej części). Każdą z nich czytałam w ciągu kilku godzin i zawsze miałam ogromny niedosyt. Dlatego z wielkim entuzjazmem przyjęłam wiadomość o pojawieniu się w Polsce nowej książki Estelle - "Wróć, jeśli masz odwagę". Zdecydowanie to jedna z tych premier, na które czekałam najbardziej tej jesieni. Liczyłam na lekką i przyjemną książkę w stylu pierwszych powieści autorki i tutaj zostałam zaskoczona, bo historia nie jest aż tak prosta i lekka jak DIMILY. Owszem, to nadal młodzieżówka, ale Estelle tym razem poruszyła kilka ważnych tematów jak przyjaźń, uzależnienie, czy strata bliskiej osoby. Mam wrażenie, że "Wróć, jeśli masz odwagę" jest nieco bardziej dojrzałą powieścią. Debiutancka trylogia mimo wszystko opiera się w dużej mierze na śmiechu, szybszym biciu serca w stosunku do Tylera i pierwszej miłości. Za to ją pokochałam, za lekki styl i mnóstwo emocji. Nowa książka pokazuje, że Estelle potrafiła wykorzystać swój potencjał tworząc  kolejną naprawdę dobrą historię.

Główna bohaterka MacKenzie w przeszłości była bliska z Jadenem, ale od wypadku, w którym zginęli jego rodzice odsunęła się całkowicie od niego i jego siostry. Sama doświadczyła śmierci bliskiej osoby, po której jej rodzina przez lata nie może się pozbierać. Muszę przyznać, że mimo wszystkich czynników, które mogły na to wpłynąć, jakoś trudno mi zrozumieć zachowanie bohaterki. Szczególnie, że była to chwila, kiedy chłopak mógł potrzebować jej najbardziej, tymczasem wszyscy zaczęli się odsuwać, w tym właśnie jedna z bliższych mu osób - MacKenzie. Dla Jadena i jego siostry to trudny rok, dla Kanzie zresztą też. Oboje są jeszcze młodzi, ale życie ich nie oszczędzało. Książka opowiada o stracie, o bólu, który się z nią wiąże i o różnym przeżywaniu tej straty. Estelle pokazała, że każdy tak naprawdę przechodzi żałobę inaczej. Trudno się z nią pogodzić i o tym również jest ta historia. Nie zabraknie tutaj miłości i przyjaźni bardzo ważnej w życiu. Po przeczytaniu tej książki myślę, że autorka jest świetną obserwatorką ludzkich zachowań, a swoje spostrzeżenia potrafi umiejętnie przelać na papier.

"Wróć, jeśli masz odwagę" jest powieścią znacznie bardziej poruszającą niż trylogia DIMILY. Myślę, że jest też bardziej dojrzała, bo DIMILY choć jest moją ulubioną trylogią, to przyznaję, że raczej nie należy do książek, które wywołują jakieś życiowe refleksje, jest to raczej tylko lekka i przyjemna lektura. Trochę inaczej jest z najnowszą książką Estelle, która opowiada o stracie i ponownym zyskiwaniu zaufania, uzależnieniu i przyjaźni. Wiem, zaraz ktoś powie, że przecież to wszystko w DIMILY było, tylko, że tutaj jest to bardziej głębokie i poruszające. Uwielbiam styl pisania Maskame, potrafi z prostych historii stworzyć coś niezwykłego i tak jest również w tym przypadku. Cieszę się, że autorka wykorzystuje swój potencjał i mam nadzieję, że kolejne jej książki będą coraz lepsze. Czekam na nie z niecierpliwością! Myślę, że "Wróć, jeśli masz odwagę" wciągnie Was i poruszy tak jak mnie. Gorąco polecam!

Jeśli macie ochotę na ten tytuł, zachęcam do zapisania się do Book Touru, właśnie z tą książką - LINK :)
Za możliwość przeczytania książki i objęcia jej patronatem medialnym bardzo dziękuję Wydawnictwu Feeria Young!



Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka